Xteink X4 Pro chce mieszkać na pleckach telefonu. I nagle czytnik przestaje być sprzętem do torby

Przez lata czytniki e-booków udawały, że są książkami: miały być większe, wygodniejsze i gotowe na wielogodzinne zatopienie się w powieści. Xteink X4 Pro idzie w zupełnie inną stronę. Przy wadze 72 g i grubości 5,95 mm przypomina raczej elektroniczny bilet miesięczny z ambicjami niż miniaturową książkę. I właśnie dlatego zwróciłam na niego uwagę. To jeden z tych gadżetów, które nie próbują wygrać wieczoru na kanapie, lecz kilka minut w tramwaju, kolejce albo między spotkaniami.

Za 99 dolarów, czyli około 400 zł, dostajemy urządzenie niszowe, ale zaskakująco kompletne. Ma ekran E Ink o przekątnej 4,3 cala, podświetlenie, dotyk, przyciski zmiany stron, 16 GB pamięci i slot na kartę microSD. Na papierze brzmi to jak specyfikacja czytnika skurczona w praniu. W praktyce X4 Pro stawia ciekawe pytanie: czy problemem współczesnego czytania naprawdę jest brak większego ekranu, czy może brak sprzętu, który rzeczywiście chce się mieć przy sobie?

Mały ekran, czyli czytanie w wersji kieszonkowej

Wielu producentów długo przekonywało nas, że czytnik musi mieć co najmniej sześć cali, aby lektura była komfortowa. To rozsądny standard, szczególnie dla osób czytających codziennie po kilkadziesiąt stron. Xteink X4 Pro nie zamierza z nim polemizować. Ekran 4,3 cala wymusza częste przewracanie stron, mniejszą liczbę słów w wierszu i prawdopodobnie większy kompromis przy rozmiarze czcionki. Komiksy, PDF-y, podręczniki, skany dokumentów i powieści graficzne odpadają właściwie od razu.

Ale proza w formacie EPUB na takiej przekątnej ma sens, jeśli potraktować ten sprzęt jako czytnik odruchowy. Telefon wyciągamy automatycznie, gdy zostało nam siedem minut do odjazdu autobusu. X4 Pro chce zająć właśnie tę przestrzeń, z tą różnicą, że nie ma powiadomień, rolek ani aplikacji, które wciągają człowieka w bezdenny kanał treści. Coraz częściej mam wrażenie, że największym luksusem w elektronice nie jest dziś kolejna funkcja, lecz urządzenie, które ma tylko jedną rzecz do zrobienia i nie rozprasza się przy tym bardziej niż jego właścicielka.

Pomagają fizyczne przyciski zmiany stron. To detal, który w małych czytnikach nabiera znaczenia, bo kciuk może odpocząć od celowania w niewielki ekran dotykowy. Jest też okrągły przycisk główny, przywołujący estetykę dawnych iPhone’ów. Trochę nostalgii w urządzeniu do czytania jest całkiem na miejscu, choć mam nadzieję, że producent nie pomylił nostalgii z potrzebą kopiowania dawnych ergonomicznych wad.

Magnes na telefonie: pomysł dziwny tylko przez pierwsze pięć sekund

Xteink umieścił w obudowie magnesy, dzięki którym X4 Pro można przypiąć do tyłu telefonu. Na początku wygląda to jak pomysł z działu gadżetów, który zwykle produkuje uchwyty do czegoś, czego nikt nie chce nosić. Po chwili zaczyna jednak brzmieć logicznie. Czytnik waży 72 g, więc przy codziennym noszeniu nie powinien obciążać kieszeni bardziej niż smukły powerbank. Można go też przyczepić do etui z kompatybilnym magnetycznym pierścieniem.

Oczywiście nie jest to rozwiązanie idealne. Telefon z dodatkowym modułem na pleckach staje się mniej wygodny do używania, może gorzej leżeć na płaskiej powierzchni i z pewnością przyciągnie spojrzenia osób, które uznają go za szczególnie ekscentryczny powerbank. Mimo to rozumiem ten kierunek. Przenośna technologia wygrywa nie wtedy, gdy mieści się w kieszeni w teorii, ale gdy nie wymaga pamiętania o osobnej przegródce w torbie. Kindle, Kobo czy większe modele Boox są nadal bardziej uniwersalne, tylko że wiele osób zabiera je z domu wyłącznie wtedy, gdy planuje czytać. X4 Pro ma szansę po prostu zostać z użytkowniczką przez cały dzień.

Wolność od DRM ma swoją cenę

Tu pojawia się granica, której nie warto ukrywać pod atrakcyjną obudową. Xteink X4 Pro obsługuje import własnych e-booków bez zabezpieczeń DRM, między innymi plików EPUB i MOBI. Książki można przesyłać przez aplikację Xteink po sparowaniu ze smartfonem albo przewodowo przez USB. Aplikacja pozwala także zarządzać biblioteką, dodawać własne fonty i tapety.

Dla czytelniczek, które kupują pliki bez DRM, korzystają z klasyki w domenie publicznej albo samodzielnie porządkują cyfrowe archiwum, to może być wręcz zaleta. Plik pozostaje plikiem, a czytnik nie wymaga wejścia do konkretnego ekosystemu. Jest w tym przyjemnie staroświecka samodzielność. W czasach, gdy coraz więcej cyfrowych zakupów przypomina długoterminowe wypożyczenie zależne od regulaminu, taka prostota ma wartość.

Jednocześnie biblioteki kupione w Kindle Store nie przejdą tu wygodnie, podobnie jak większość tytułów chronionych DRM w innych sklepach. Dla wielu osób to będzie przeszkoda decydująca. Kindle Basic bywa przeceniany do podobnego poziomu cenowego, a wtedy oferuje większy ekran i prosty dostęp do ogromnego katalogu. X4 Pro nie konkuruje z nim wygodą zakupów. Konkuruje mobilnością oraz świadomym wyborem otwartych plików. To ważne rozróżnienie, bo sprzęt za około 400 zł łatwo kupić pod wpływem zachwytu formą, a później odkryć, że ulubione książki mieszkają w zamkniętym mieszkaniu bez klucza do przeprowadzki.

Duża bateria, mało wygodne ładowanie

Akumulator ma pojemność 1100 mAh, większą niż w niektórych wcześniejszych urządzeniach marki. W czytniku z ekranem E Ink taka wartość zapowiada spokojne tygodnie działania, choć rzeczywisty wynik będzie zależał głównie od intensywności używania podświetlenia. Regulowane światło frontowe jest tu bardzo potrzebne. Mały czytnik ma przecież sprawdzać się w drodze, a nie tylko w świetnie oświetlonym salonie.

Znacznie mniej przekonuje mnie sposób ładowania. Aby zachować ekstremalnie cienką konstrukcję, producent zrezygnował z wbudowanego portu USB-C i stosuje dołączaną magnetyczną przejściówkę. To estetyczny koszt miniaturyzacji, który może szybko przestać być estetyczny, gdy adapter zostanie w drugiej kurtce, zaginie w torbie albo po prostu przestanie działać. USB-C stało się wygodne właśnie dlatego, że kabel znajdzie się wszędzie. Kolejny własny element do ładowania oznacza kolejny drobiazg, który potrafi skutecznie zepsuć dzień.

Na osłodę zostaje pamięć. Wbudowane 16 GB wystarczy na tysiące zwykłych e-booków, a obsługa kart microSD do 256 GB daje spokój osobom, które trzymają wielkie zbiory tekstów, dokumentów lub audiobookowych dodatków w jednym miejscu. Przy ekranie 4,3 cala bardziej doceniłabym jednak solidny port USB-C niż możliwość noszenia całej cyfrowej biblioteki narodowej w kieszeni.

Dla kogo Xteink X4 Pro ma sens

Ten czytnik nie jest rozsądnym wyborem dla osoby kupującej pierwszy e-reader i oczekującej maksymalnej uniwersalności. W tej cenie większy Kindle, Kobo albo podstawowy model PocketBook będzie wygodniejszy dla oczu i mniej ograniczający przy zakupach książek. Nie polecałabym go także komuś, kto czyta głównie dokumenty PDF, korzysta z abonamentowych usług czy ma rozbudowaną bibliotekę Kindle.

X4 Pro trafia natomiast w bardzo konkretny gust: do osób, które mają własne pliki EPUB, cenią minimalizm i chcą odzyskać krótkie chwile stracone zwykle na bezwiedne przewijanie telefonu. Widzę go jako sprzęt dla kogoś, kto już ma duży czytnik do domu, ale chce drugiego, niemal niewidzialnego urządzenia do miasta. To nie jest potrzeba powszechna, lecz w świecie technologii właśnie takie dobrze skrojone dziwactwa często budują najwierniejszą grupę użytkowników.

Mały czytnik, duża lekcja o nawykach

Xteink X4 Pro przypomina mi, że miniaturyzacja ma sens wtedy, gdy zmienia zachowanie, a nie tylko poprawia tabelkę wymiarów. Tutaj zmienia całkiem sporo: czytnik może trafić do kieszeni, przypiąć się do telefonu i pojawić się w tych momentach, w których zwykle bezwładnie uruchamiamy kolejną aplikację. Nie zastąpi pełnowymiarowego e-readera, ale też nie musi. Jego zadaniem jest ułatwić przeczytanie trzech stron zamiast obejrzenia trzydziestu krótkich filmów.

Za około 400 zł X4 Pro pozostaje drogą zachcianką dla miłośniczek otwartych e-booków, zwłaszcza przez własny magnetyczny system ładowania i brak obsługi DRM. Mimo tych zastrzeżeń wolę takie urządzenia od kolejnego telefonu, który obiecuje robić wszystko. Mały czytnik z jednym wyraźnym celem wydaje się dziś zaskakująco świeżym pomysłem. Nawet jeśli jego największym przeciwnikiem będzie w końcu zwykła ludzka skłonność do zgubienia maleńkiej przejściówki.