Od dawna mam wrażenie, że rynek przenośnej elektroniki cierpi na nadmiar urządzeń, które potrafią prawie wszystko, ale niewiele z nich daje przyjemność z samego używania. PocketByte idzie pod prąd tej wygodnej, smartfonowej uniwersalności. Ma mały ekran, prosty układ ESP32-S3 i baterię bez rekordów, za to pozwala wymieniać swój charakter jednym magnetycznym ruchem: raz jest retrokonsolą, innym razem odtwarzaczem w duchu iPoda, a po chwili kieszonkowym notatnikiem z klawiaturą.
To projekt 16-letniego hobbysty z Kanady, co samo w sobie budzi sympatię, ale nie powinno zwalniać go z technologicznej oceny. Na szczęście PocketByte broni się czymś więcej niż wdziękiem garażowego wynalazku. W świecie, gdzie większość handheldów różni się od siebie głównie miejscem analogów i mocą procesora, ten sprzęt proponuje inny punkt wyjścia: urządzenie ma być małe, konkretne i zmienne zależnie od aktualnej potrzeby.
Jeden ekran, trzy sensowne role
Sercem koncepcji jest magnetyczny port rozszerzeń na przedniej części obudowy. Można do niego przypiąć moduł z gamepadem, moduł muzyczny z kółkiem przewijania inspirowanym Apple iPodem Classic albo niewielką klawiaturę. W praktyce każdy z nich zmienia nie tyle wygląd PocketByte’a, ile sposób, w jaki trzyma się urządzenie i czego od niego oczekujemy.
Gamepad otwiera drogę do emulacji klasycznych platform, między innymi Game Boy Color, Super Nintendo oraz Sega Genesis. Tu niska rozdzielczość ekranu 320 x 240 pikseli przestaje być kompromisem, a zaczyna pasować do zadania. 2,8-calowy panel IPS zapewne nie zastąpi wygodnego ekranu w Anbernicu czy Retroidzie, ale gry z epoki pikselowych sprite’ów nie potrzebują panoramicznego wyświetlacza ani wentylatora, który przypomina o swoim istnieniu po dziesięciu minutach zabawy.
Moduł muzyczny wydaje mi się jednak pomysłem jeszcze ciekawszym. Fizyczne kółko sterujące jest dziś niemal anachronizmem, lecz właśnie dlatego ma sens. Do zmiany albumu, przewijania playlisty czy regulacji głośności nie potrzebujemy odblokowywać telefonu, odgarniać powiadomień i przypadkiem dowiadywać się, że ktoś właśnie wrzucił relację z obiadu. PocketByte może przywrócić muzyce odrobinę skupienia, a gniazdo słuchawkowe 3,5 mm tylko wzmacnia ten urok.
Klawiatura zamienia urządzenie w proste PDA do notatek i e-maili. Nie będzie to narzędzie do pisania długich tekstów, bo niewielkie wymiary narzucają swoje prawa. Widzę w nim raczej elektroniczny odpowiednik kieszonkowego notesu: sprzęt do zapisania adresu, pomysłu, listy spraw albo krótkiej wiadomości, zanim myśl zniknie pod lawiną aplikacji.
Skromna specyfikacja, która zna swoje miejsce
PocketByte korzysta z układu ESP32-S3, ma 8 MB RAM-u oraz czytnik kart microSD obsługujący nośniki do 32 GB. To parametry, które przy dzisiejszych konsolach przenośnych wyglądają wręcz ascetycznie. I dobrze. Producent nie obiecuje biblioteki PlayStation 2, strumieniowania gier AAA ani systemu pełnego rozbudowanych aplikacji. Zamiast udawać mały komputer, urządzenie celuje w prostsze zadania, gdzie liczy się szybki start i przewidywalne działanie.
Na pokładzie znalazły się Wi-Fi, Bluetooth, port USB-C, monofoniczny głośnik i wspomniane wyjście słuchawkowe. Akumulator o pojemności 1500 mAh ma wystarczyć na kilka godzin grania. Sformułowanie jest ostrożne i słusznie, bo rzeczywisty wynik zależy przecież od emulowanej platformy, jasności ekranu oraz używanego modułu. Nie oczekiwałabym maratonów bez ładowarki, ale w urządzeniu o takiej skali ważniejsza jest możliwość podłączenia USB-C niż imponująca liczba w tabeli.
Istotne pozostaje też oprogramowanie. PocketbyteOS ma być systemem open source. Dla zwykłej osoby oznacza to szansę na dłuższe życie projektu, dodatkowe funkcje i poprawki tworzone poza rytmem wielkiej korporacji. Dla entuzjastów to zaproszenie do pisania własnych aplikacji oraz eksperymentów z modułami. Jest w tym potencjał, lecz także ryzyko: otwarty system bywa świetnym fundamentem, ale potrzebuje społeczności. Bez niej nawet najbardziej zgrabna idea może utknąć na etapie ciekawego prototypu.
Modułowość, która nie jest dekoracją
Producenci elektroniki lubią słowo modułowy, bo obiecuje ono wolność. Zwykle kończy się na magnetycznej nakładce lub akcesorium, które po premierze drugiej generacji przestaje istnieć w sklepie. PocketByte ma szansę uniknąć tej pułapki, ponieważ moduły są podstawą całej obsługi, a nie dodatkiem do identycznego prostokąta.
Warunek jest jeden: elementy muszą być trwałe, dostępne osobno i rozsądnie wycenione. Magnetyczne połączenie powinno wytrzymać częste przepinanie bez luzów, a system musi natychmiast rozpoznawać akcesorium. W przeciwnym razie cały czar zniknie po pierwszym komunikacie o błędzie albo po tygodniu noszenia sprzętu w plecaku. Zastanawia mnie też kwestia kompatybilności przyszłych modułów. Jeśli PocketByte dostanie rozwiniętą wersję sprzętową, zachowanie wspólnego standardu rozszerzeń byłoby znacznie ważniejsze niż kosmetyczne poprawki obudowy.
Cena wygląda rozsądnie, ale projekt musi dojrzeć
Zamówienia mają ruszyć latem, najpierw w ograniczonej formule zestawów deweloperskich. Później ma pojawić się poprawiona wersja produkowana w większej skali. Docelową cenę określono na 70-100 dolarów, czyli około 280-400 zł. To poziom, przy którym PocketByte może być atrakcyjną zabawką dla osób lubiących retrogranie, fizyczne sterowanie muzyką i elektronikę z nutą majsterkowania.
Nie kupowałabym go jednak wyłącznie jako taniej konsoli. W podobnym budżecie znajdziemy mocniejsze handheldy z większymi ekranami i dojrzalszym ekosystemem emulacji. PocketByte wygrywa gdzie indziej: oferuje przedmiot, który można dostosować do nastroju bez noszenia trzech oddzielnych urządzeń. To niszowe, ale nisza bywa przyjemniejsza od kolejnego produktu zaprojektowanego przez arkusz kalkulacyjny.
PocketByte nie rozwiąże wszystkich cyfrowych bolączek i prawdopodobnie nie stanie się masowym hitem. Mam jednak słabość do sprzętów, które pamiętają, że technologia może być też namacalna, trochę ograniczona i przez to bardziej celowa. Jeśli twórcy dopracują moduły, stabilność PocketbyteOS oraz dostępność akcesoriów, z tej małej konsolki może wyrosnąć coś cenniejszego niż kolejny retrohandheld: urządzenie, po które sięga się z ochotą, bo ma własny rytm.

