Gdy wydawało się, że przenośny odtwarzacz CD może już istnieć wyłącznie w szufladzie obok kabli od starych telefonów, Hideo Kojima zamknął go w pomarańczowej kapsule przypominającej BB Pod z Death Stranding 2. Efekt jest dziwnie uroczy, lekko niepokojący i zaskakująco skuteczny: nawet osoba, która od lat słucha muzyki wyłącznie ze streamingu, może nagle poczuć potrzebę posiadania płyty, którą da się obserwować podczas obrotu.
Limitowana edycja Instant Disc Audio Cp1 powstała we współpracy Kojima Productions z japońską marką audio km5. Kosztuje 25 300 jenów, czyli około 620 zł. To sporo jak na urządzenie, którego podstawową funkcję może dziś zastąpić niemal każdy telefon, ale byłoby naiwnością udawać, że chodzi tu o chłodną kalkulację funkcji do ceny. Ten sprzęt ma wyglądać tak, jakby został wyjęty z uniwersum gry, a potem postawiony na biurku obok konsoli i kilku winyli kupionych bardziej sercem niż potrzebą.
BB Pod, tym razem z płytą zamiast dziecka
Projekt od razu zdradza swoje inspiracje. Przezroczysta, pomarańczowa obudowa odsyła do kapsuły, w której w Death Stranding przebywają Bridge Babies. W grze był to przedmiot jednocześnie technologiczny, intymny i trochę upiorny. Tutaj podobny język wizualny służy do przechowywania krążka CD. Można patrzeć, jak płyta wiruje, a widoczne elementy konstrukcji nadają urządzeniu charakter bardziej laboratoryjnego rekwizytu niż zwykłego odtwarzacza.
Dodano też oznaczenia znane z interfejsu Death Stranding, a za przednią osłoną znalazło się miejsce na kartę z tekstami utworów. To szczegół pozornie drobny, lecz dobrze pokazuje, dlaczego ten projekt ma sens. Serwisy streamingowe podały nam całą muzykę świata natychmiast, ale odebrały przy okazji część małych rytuałów. Wyjęcie płyty z pudełka, obejrzenie nadruku, wsunięcie wkładki z tekstem do przegródki – to czynności kompletnie zbędne, a właśnie dlatego przyjemne.
Mam wrażenie, że współczesne gadżety audio coraz częściej sprzedają nie sam dźwięk, lecz okazję do zwolnienia. Kaseta, winyl i CD nie wygrywają dziś wygodą. Wygrywają tym, że stawiają delikatny opór. Trzeba coś wybrać, mieć pod ręką i poświęcić temu kilka sekund uwagi. Kojima rozumie, że jego odbiorcy lubią przedmioty, które mają własną mitologię, nawet gdy w praktyce służą do słuchania starej składanki.

Technologia jest skromna, ale rozsądnie współczesna
Pod efektowną skorupą pracuje przenośny odtwarzacz CD wyposażony w Bluetooth 5.3, akumulator o pojemności 1800 mAh i port USB-C. Producent deklaruje do 8 godzin odtwarzania na jednym ładowaniu. Jest także niewielki ekran LED z podstawowymi informacjami o utworze. To zestaw, który nie próbuje konkurować z rozbudowanymi odtwarzaczami hi-res ani ze smartfonem pełnym aplikacji. Ma za to rozwiązać podstawowy problem współczesnego nośnika fizycznego: pozwolić słuchać płyty na bezprzewodowych słuchawkach lub głośniku, bez wyciągania z szafy sprzętu z początku wieku.
Bluetooth jest tu ważniejszy, niż może się wydawać. Klasyczny discman wraca do łask jako obiekt, ale jego codzienne używanie często kończy się szybkim zderzeniem z rzeczywistością: przewody przeszkadzają, a wiele osób nie ma już w domu słuchawek z odpowiednim wtykiem. Łączność bezprzewodowa pozwala zachować rytuał płyty, jednocześnie nie zmuszając do cofania całego audioekosystemu o dwie dekady.
Warto jednak zachować proporcje. Osiem godzin pracy nie zachwyca w świecie słuchawek grających po kilkadziesiąt godzin, a malutki ekran ma przede wszystkim charakter użytkowego dodatku. Również przez Bluetooth dźwięk zostaje poddany kompresji stosowanej przez bezprzewodowy standard, więc zakup tego modelu nie będzie drogą do audiofilskiej czystości. Jeśli ktoś szuka przede wszystkim bezkompromisowego brzmienia, w tej cenie znajdzie sensowniejsze urządzenia. Jeśli chce przedmiotu, który buduje nastrój i nie jest skazany na muzealną niewygodę, argumentacja wygląda zupełnie inaczej.

Nostalgia przestała być domeną ludzi z kolekcją płyt
Powrót odtwarzaczy CD i kasetowych ma w sobie odrobinę komizmu. Pokolenie wychowane na streamingu odkrywa płytę kompaktową jak egzotyczny artefakt, choć dla wielu starszych użytkowników była ona po prostu najbardziej praktycznym nośnikiem przed erą MP3. Przezroczyste obudowy, jaskrawe kolory i miniaturowe urządzenia audio stają się atrakcyjne, bo oferują coś, czego płaskie prostokąty telefonów prawie nigdy nie zapewniają: widoczne działanie mechanizmu.
W tym sensie CP1 świetnie wpisuje się w estetykę obecnej nostalgii. Nie jest rekonstrukcją dawnego discmana. To współczesny gadżet przebrany za obiekt z alternatywnej przyszłości, przy okazji podłączony do Bluetooth i ładowany przez USB-C. Kojima Productions nie sprzedaje nostalgii za konkretnym rokiem. Sprzedaje poczucie obcowania z technologią, która jest namacalna, dziwna i zasługuje na miejsce na półce.
Do zestawu dołączane są dwie pocztówki z grafikami, co dodatkowo podkreśla kolekcjonerski charakter wydania. Trudno mi się temu dziwić. Fani Death Stranding od dawna kupują fragmenty tego świata w formie figurek, ubrań i akcesoriów. Odtwarzacz muzyki jest jednak ciekawszy od kolejnego logo na bluzie, bo daje właścicielowi pretekst, by rzeczywiście go używać.

Gadżet dla fanów, ale z prawdziwą funkcją
Nie kupowałabym Death Stranding 2 Instant Disc Audio Cp1 wyłącznie po to, by mieć przenośne źródło muzyki. Za około 620 zł można podejść do tematu praktyczniej, a streaming pozostanie bezkonkurencyjny pod względem dostępności katalogu. Ten model ma sens dla osób, które już kupują płyty CD, lubią designerskie urządzenia i chcą czegoś bardziej osobistego niż kolejna para identycznych słuchawek TWS.
Właśnie dlatego ten projekt broni się lepiej, niż sugerowałaby jego pozorna ekstrawagancja. To przecież przedmiot bardzo niszowy: limitowany, oparty na licencji gry i świadomie stylizowany. A mimo to jego podstawowa funkcja nie jest żartem. Odtwarza muzykę, współpracuje z aktualnymi akcesoriami bezprzewodowymi i zachęca do korzystania z fizycznych albumów. W epoce, w której większość elektroniki próbuje zniknąć w tle, pomarańczowa kapsuła Kojimy wybiera obecność. I, przyznaję, ma na to całkiem skuteczny sposób.


