Boox Picco chce zmieścić czytnik w kieszeni po słuchawkach. I mam wrażenie, że właśnie tego brakowało

Przez lata producenci czytników przekonywali nas, że idealne czytanie wymaga ekranu o przekątnej sześciu, siedmiu, a najlepiej ośmiu cali. Boox Picco idzie w zupełnie inną stronę: ma 3,97-calowy wyświetlacz E-Ink i gabaryty mniejsze od współczesnego telefonu. Patrzę na ten pomysł z dużą sympatią, bo czasem książki przegrywają nie z brakiem czasu, lecz z faktem, że urządzenie do ich czytania zostało w domu.

Nowość ma otworzyć serię Boox Tile, czyli linię wyjątkowo kompaktowych urządzeń marki Onyx. Na pierwszych materiałach Picco wygląda jak prosty, biały smartfon z płaską ramką i wyraźnie szerszym dolnym marginesem pod ekranem. Tyle że zamiast kolejnego kieszonkowego centrum powiadomień dostaniemy tu monochromatyczny papier elektroniczny. To drobna różnica w konstrukcji, ale potencjalnie bardzo duża w codziennym użyciu.

Cztery cale, czyli czytnik bez obowiązku noszenia torby

Przekątna 3,97 cala brzmi wręcz prowokacyjnie w świecie, w którym telefony rosną szybciej niż kieszenie w damskich ubraniach. Picco będzie mniejszy nawet od najbardziej kompaktowych współczesnych smartfonów, a jako punkt odniesienia wystarczy spojrzeć na Xteink X4 Pro z ekranem 4,3 cala, jeden z najmniejszych czytników dostępnych na rynku. Onyx schodzi jeszcze niżej.

Nie widzę w tym sprzętu do spokojnego czytania wielkiej powieści przez trzy godziny na kanapie. Ekran będzie wymagał częstszego przewracania stron, a pełne strony PDF-ów, komiksy, podręczniki i materiały z drobnymi tabelami od razu warto wykreślić z listy zastosowań. Ale krótkie sesje z powieścią, reportażem, esejem czy tekstem zapisanym na później wyglądają tu bardzo przekonująco. Picco może trafiać do tej kieszeni, do której zwykle wpadają klucze, karta miejska i słuchawki. Właśnie tam jego przewaga nad klasycznym czytnikiem stanie się najbardziej odczuwalna.

Mam wrażenie, że technologiczna branża zbyt długo próbowała rozwiązać problem czytania przez dokładanie funkcji. Tymczasem równie ważne jest usunięcie jednej przeszkody: konieczności pamiętania o kolejnym urządzeniu. Mały czytnik, który da się zabrać bez planowania, ma więcej sensu niż duży model z doskonałą specyfikacją, odpoczywający na półce.

Boox Picco is an extremely compact 4-inch e-reader
fot. materiały producenta

E-Ink i podświetlenie: prosto, ale z sensem

Boox Picco ma otrzymać monochromatyczny ekran E-Ink z przednim podświetleniem. Dzięki temu będzie można czytać po zmroku bez lampki i bez rozświetlania twarzy ekranem telefonu. Papier elektroniczny nie zapewni płynności znanej z LCD czy OLED, ale przy książkach to wada wyłącznie na papierze specyfikacji. Tekst nie potrzebuje 120 Hz, a spokojny charakter E-Ink w tym formacie wręcz pasuje do idei urządzenia, które ma odciągać od cyfrowego zgiełku.

Oczywiście tak mały panel stawia pytanie o wygodę. Kluczowe okażą się rozdzielczość, proporcje ekranu, szerokość marginesów i sposób obsługi. Producent jeszcze tych danych nie ujawnił. Różnica między przyjemnym czytaniem a irytującym powiększaniem czcionki co kilka minut może się tu kryć w detalach. Na zdjęciach widać szeroki dolny podbródek, który może poprawić chwyt i zostawić miejsce na fizyczny element sterujący, ale jego funkcji również nie potwierdzono.

Boox Picco is an extremely compact 4-inch e-reader
fot. materiały producenta

Karta microSD to mały detal, który odzyskuje znaczenie

Książki będzie można przechowywać na karcie microSD. W czasach, gdy kolejne urządzenia zamykają użytkownika w chmurze, własna karta z biblioteką ma w sobie coś odświeżająco praktycznego. Można zabrać setki lub tysiące plików, przenieść je bez abonamentu i bez zastanawiania się, czy dana aplikacja łaskawie pozwoli na eksport zakupionej treści.

Równie istotne będzie oprogramowanie. Onyx nie potwierdził jeszcze, czy Picco otrzyma pełny system Android znany z wielu większych modeli Boox, czy raczej uproszczone środowisko skoncentrowane na e-bookach. Pierwsza opcja oznaczałaby dostęp do aplikacji i większą elastyczność, ale też ryzyko, że maleńki czytnik zacznie dźwigać systemowy bagaż, którego wcale nie potrzebuje. Druga byłaby mniej efektowna marketingowo, lecz dla wielu osób rozsądniejsza. W urządzeniu o ekranie poniżej czterech cali prostota może być funkcją, nie brakiem ambicji.

Boox Picco is an extremely compact 4-inch e-reader
fot. materiały producenta

To gadżet dla osób, które chcą czytać między sprawami

Boox Picco nie zastąpi Kindle’a, Kobo ani większych czytników Boox w roli domowej biblioteczki. I dobrze, bo nie musi. Jego naturalnym środowiskiem wydaje się kolejka do lekarza, piętnaście minut w pociągu, przerwa na kawę albo spacer, podczas którego telefon co chwilę podsuwałby kolejną wiadomość. Czytnik E-Ink ma w tym starciu przewagę psychologiczną: ekran służy tekstowi i właściwie niczemu więcej.

Trudno mi się też oprzeć wrażeniu, że Picco jest ciekawą odpowiedzią na modę na urządzenia cyfrowo ascetyczne. Ludzie kupują proste aparaty, odkurzają odtwarzacze muzyczne, ustawiają blokady aplikacji i szukają sposobów na odzyskanie kilku minut skupienia. Maleńki czytnik nie rozwiąże problemu przebodźcowania za nas, ale przynajmniej nie będzie udawał kolejnej bramy do niego.

Cena zdecyduje, czy będzie to uroczy eksperyment, czy naprawdę dobry zakup

Onyx nie podał ceny ani terminu premiery Picco. To ważne, bo kompaktowy format ma sens tylko wtedy, gdy nie każe płacić za niego jak za pełnoprawny tablet. Dla porównania większy, smartfonopodobny Boox Palma 2 Pro kosztuje 399 dolarów, czyli około 1600 zł. Picco powinien znaleźć się wyraźnie niżej, zwłaszcza jeśli producent zdecyduje się na ograniczony system i skromniejszą specyfikację.

Jeśli cena będzie rozsądna, Boox Picco ma szansę zostać jednym z tych niszowych gadżetów, które po kilku dniach przestają wyglądać jak ciekawostka, a zaczynają być stale noszone przy sobie. Nie dla każdego, rzecz jasna. Osoby czytające dużo PDF-ów albo ceniące duże litery powinny pozostać przy większym ekranie. Ja jednak chętnie sprawdziłabym, czy cztery cale wystarczą, by książka znów wygrała z odruchem odblokowywania telefonu. To test, którego współczesna technologia potrzebuje bardziej niż kolejnej aplikacji do zarządzania czasem ekranowym.