HoverAir Versa chce zastąpić dwa gadżety jednym. I tym razem ten pomysł ma sens

Od lat w kieszeniach twórców lądują kolejne małe kamery, gimbale i drony, bo każde z tych urządzeń potrafi zrobić jedną rzecz odrobinę lepiej od reszty. HoverAir Versa proponuje mniej oczywiste wyjście: zamiast pakować dwa gadżety, można mieć jedną kamerę, która podczas spaceru działa w dłoni, a po podpięciu modułu ze śmigłami odlatuje i kadruje użytkownika samodzielnie. Mam wrażenie, że właśnie w tej prostocie kryje się potencjał tego projektu.

Na razie Versa została pokazana zapowiedziowo, więc rozsądniej mówić o obietnicy niż o gotowym przełomie. Producent nie ujawnił jeszcze kluczowych danych: rozmiaru matrycy, rozdzielczości nagrań, masy, czasu lotu, ceny ani terminu sprzedaży. Wiadomo jednak wystarczająco dużo, by zobaczyć, gdzie HoverAir szuka swojego miejsca. Firma wchodzi w zatłoczony świat kieszonkowych kamer do vlogowania, ale przynosi tam funkcję, której typowy stabilizator z kamerą po prostu nie zapewni: możliwość odejścia od autora nagrania.

Kamera do ręki, a potem operator z własnymi śmigłami

W podstawowej konfiguracji HoverAir Versa ma przypominać niewielką kamerę osadzoną na trzyosiowym mechanicznym gimbalu. To ważne rozróżnienie, ponieważ fizyczna stabilizacja nadal daje bardziej naturalny efekt niż ratowanie obrazu samym oprogramowaniem. Przy chodzeniu, panoramach czy zwykłym nagrywaniu do kamery taka konstrukcja może zapewnić płynność znaną z popularnych kamer kieszonkowych. W praktyce to sprzęt, który można wyciągnąć w kilka sekund i nagrać ujęcie bez rozstawiania statywu oraz wyważania telefonu na uchwycie.

Druga część zestawu ma zamieniać tę samą kamerę w niewielkiego drona z osłoniętymi śmigłami. Po połączeniu elementów Versa ma śledzić właścicielkę lub właściciela bez klasycznego kontrolera. Producent zapowiada ponad 10 automatycznych trybów lotu, śledzenie obiektu przez AI oraz automatyczne komponowanie kadru. To kierunek dobrze znany użytkownikom dronów selfie, ale w tym przypadku nabiera sensu właśnie przez połączenie z kamerą ręczną.

Widziałam już wiele urządzeń, które obiecywały funkcję dwa w jednym, a kończyły jako dwa przeciętne produkty zamknięte w jednej obudowie. Versa może uniknąć tej pułapki, jeśli każda z ról będzie wystarczająco dobra. Kamera musi dawać obraz, który nie wygląda jak kompromis wobec telefonu, a dron musi startować szybko i latać stabilnie, zamiast być efektowną przystawką używaną raz w miesiącu.

HoverAir Versa
fot. HoverAir

Autonomiczny dron ma tu więcej sensu niż kolejne sterowanie

W klasycznym dronie największą przeszkodą często nie jest sam lot, lecz cała ceremonia wokół niego. Trzeba wyjąć sprzęt, sparować kontroler, ocenić przestrzeń, wystartować, a na koniec jeszcze pilnować kadru. Dla osoby nagrywającej samotnie wycieczkę, trening albo rodzinny spacer oznacza to zwykle wybór: albo występuję w ujęciu, albo obsługuję drona. HoverAir od dawna buduje produkty wokół tej irytującej luki i Versa konsekwentnie rozwija tę ideę.

Marka ma doświadczenie w kompaktowych, samolatających kamerach, w tym w serii X1 z zabezpieczonymi śmigłami i automatycznym śledzeniem. Pokazała też model Aqua, przystosowany do kontaktu z wodą i unoszenia się na jej powierzchni. Widać tu strategię szukania sytuacji, w których pełnowymiarowy dron bywa zbyt kłopotliwy. Versa celuje w inną: twórcę, który chce raz nagrać detal w ręku, a chwilę później potrzebuje szerokiego planu z kilku metrów wysokości.

To akurat rozumiem. Ujęcie z drona potrafi od razu dodać materiałowi oddechu, lecz nie każdy chce nosić osobną torbę na lotniczy sprzęt tylko po to, by przez 15 sekund zobaczyć siebie na ścieżce w lesie. Jeśli przejście między kamerą i dronem będzie naprawdę szybkie, Versa może zachęcić do używania lotu częściej, ale rozsądniej. Nie do demonstracji technologii, lecz do krótkiego kadru, który faktycznie coś wnosi.

HoverAir Versa
fot. HoverAir

Funkcja 3D Worlds brzmi efektownie, ale potrzebuje dobrego zastosowania

Najbardziej ambitną zapowiedzią jest 3D Worlds. Versa ma wykonać kontrolowany lot po okręgu wokół sceny, a później zrekonstruować obraz oglądany z różnych punktów widzenia. Można to odczytać jako próbę przeniesienia modnych efektów 3D i rekonstrukcji przestrzeni do urządzenia, które ma robić wszystko samo.

Nie kupuję jednak w ciemno argumentu, że każda nowa scena potrzebuje trójwymiarowej wersji. Internet już wystarczająco mocno nauczył nas, że efekt możliwy do wygenerowania jednym dotknięciem bywa przez dwa tygodnie wszechobecny, a potem znika w folderze z niedokończonymi projektami. 3D Worlds może się obronić przy podróżach, prezentacji architektury, wnętrz czy sportowych lokacji. Wtedy możliwość obejrzenia miejsca z kilku perspektyw ma wartość większą niż chwilowe wow. Jeżeli będzie to wyłącznie kolejny filtr do przewijania kciukiem, szkoda energii akumulatora.

Diabeł tradycyjnie mieszka w danych, których jeszcze nie podano

W przypadku HoverAir Versa lista niewiadomych jest wyjątkowo istotna. Wielkość sensora i jakość pracy w słabszym świetle przesądzą, czy kamera może konkurować z uznanymi modelami vlogowymi. Producent zapowiada dobry zakres dynamiczny oraz poprawę nagrań po zmroku, ale te deklaracje wymagają weryfikacji w realnych ujęciach: z jasnym niebem w tle, w ruchu i w miejskim świetle wieczorem. Właśnie tam łatwo odróżnić porządną kamerę od urządzenia, które ładnie wygląda w prezentacji.

Równie ważne będą czas lotu oraz masa zestawu. Dron selfie ma sens wtedy, gdy można zabrać go na spacer bez poczucia, że dźwiga się mały kompromis konstrukcyjny. Krótki lot nie musi przekreślać produktu, bo takie urządzenie ma służyć raczej do dynamicznych klipów niż długich misji. Mimo to kilka minut w powietrzu potrafi zniknąć zaskakująco szybko, gdy użytkowniczka chce powtórzyć kadr, a automatyka wybiera niewłaściwą ścieżkę.

Dochodzi też kwestia przepisów i prywatności. Osłonięte śmigła zwiększają poczucie bezpieczeństwa podczas startu blisko ludzi, ale nie zwalniają z zasad lotów dronem ani z rozsądku w zatłoczonych miejscach. Automatyczne śledzenie jest wygodne, jednak kamera latająca za człowiekiem w parku łatwo obejmie kadrem osoby postronne. Technologia może zmniejszyć próg wejścia, lecz odpowiedzialności nie da się dołączyć magnetycznym modułem.

Pomysł lepszy niż osobny dron w każdej kieszeni

Rynek kamer dla twórców zaczął przypominać półkę z narzędziami, na której każdy przedmiot rozwiązuje bardzo wąski fragment problemu. Telefon nagrywa świetnie, gimbal wygładza ruch, kamera akcji znosi trudne warunki, a dron daje perspektywę. HoverAir Versa próbuje zebrać dwa z tych zastosowań w całość, która ma szansę być wygodniejsza niż suma części.

Nie ogłaszałabym jeszcze zwycięstwa nad kieszonkowymi kamerami i dronami selfie, bo o wszystkim rozstrzygną jakość obrazu, autonomia, cena oraz niezawodność trybów automatycznych. Ale sam kierunek jest trafiony. Coraz mniej potrzebujemy gadżetów, które oferują kolejną funkcję do pokazania w reklamie. Bardziej przydają się te, które usuwają jedną czynność z drogi między pomysłem a nagraniem. Jeśli HoverAir Versa faktycznie pozwoli przejść od ujęcia z ręki do lotu w kilkanaście sekund, może okazać się jednym z tych rzadkich hybrydowych urządzeń, które nie komplikują życia bardziej, niż je ułatwiają.