Ram Rumble Bee wraca z V8 i ceną jak za dwa auta. Czy ktoś jeszcze potrzebuje takiego absurdalnego pick-upa?

W motoryzacji coraz częściej mówi się językiem zasięgu, algorytmów odzysku energii i aktualizacji przez internet. Ram właśnie przypomniał, że istnieje też drugi dialekt: hałas V8, zapach rozgrzanej gumy i przycisk, który odłącza przednią oś po to, by wielki pick-up zaczął zachowywać się jak źle wychowany muscle car. Ram 1500 Rumble Bee na 2027 rok jest pomysłem tak przesadzonym, że aż konsekwentnym. I przyznaję, rozumiem jego urok.

Rumble Bee ma w gamie Rama wypełnić miejsce po dawnym SRT-10, czyli pick-upie stworzonym z myślą o asfalcie, a nie o brodzeniu po kamieniach. Dzisiejsza recepta jest jednak bardziej cyfrowa i wielowarstwowa. Są cztery warianty, napęd 4×4 sterowany elektroniką, tryb czysto tylnonapędowy, launch control oraz elektroniczna blokada tylnej osi. Stary, dobry amerykański nadmiar dostał więc zestaw współczesnych przycisków.

Od 250 tysięcy zł do prawie 400 tysięcy zł

Podstawowy Ram 1500 Rumble Bee kosztuje 62 790 dolarów, czyli około 250 tysięcy zł. To i tak kwota, przy której większość europejskich kierowców zaczęłaby wyjątkowo dokładnie oglądać cennik, ale w Stanach Zjednoczonych rynek pełnowymiarowych pick-upów dawno przestał być światem tanich samochodów roboczych. Zwłaszcza gdy do gry wchodzi plakietka modelu budzącego skojarzenia z uliczną wydajnością.

Wersja bazowa korzysta z wolnossącego 5,7-litrowego Hemi V8 o mocy 395 KM i momencie obrotowym 556 Nm. To jednostka wystarczająco mocna, by nikt rozsądny nie nazwał jej początkiem przygody. Tyle że Ram buduje tu cennik jak schody prowadzące do bardzo kosztownej pokusy. Za dopłatą 10 tysięcy dolarów, czyli około 40 tysięcy zł, pojawia się Rumble Bee 392 z 6,4-litrowym V8 o mocy 470 KM i 617 Nm.

Kolejne 10 tysięcy dolarów, czyli następne około 40 tysięcy zł, otwiera drogę do pakietu Track Pack. W efekcie kwota rośnie do 82 790 dolarów, około 331 tysięcy zł. Na szczycie stoi Rumble Bee SRT wyceniony na 97 790 dolarów, czyli około 391 tysięcy zł. Różnica między najtańszą i najdroższą odmianą wynosi równe 35 tysięcy dolarów, około 140 tysięcy zł. To właściwie osobny samochód, a Ram traktuje ją jako cenę za wejście do świata Hellcata.

Elektronika w służbie dymu z opon

Track Pack nie ogranicza się do emblematu i kilku agresywniejszych elementów stylistycznych. Dostaje launch control oraz elektroniczny mechanizm typu spool, uruchamiany przyciskiem po prawej stronie kierownicy. System sztywno łączy oba tylne koła i rozdziela napęd po równo, co ma pomóc podczas szybkiego startu na wprost. To rozwiązanie przydatne na torze drag racingowym, choć można podejrzewać, że część właścicieli potraktuje je głównie jako kosztowną zachętę do zostawiania śladów na asfalcie.

Jest w tym pewna techniczna przewrotność. Współczesne systemy napędu na cztery koła zwykle mają uspokajać samochód, ratować trakcję i dyskretnie pilnować, by kierowca nie przecenił swoich umiejętności. Rumble Bee wykorzystuje elektronikę również po to, aby pozwolić kierowcy świadomie poluzować ten cyfrowy nadzór. Wszystkie odmiany mają aktywny napęd 4×4, ale przycisk RWD rozłącza przednią oś i pozwala jechać wyłącznie tylnymi kołami.

To funkcja, której nie należy mylić z zabawką do testowania pod supermarketem. W aucie o takich gabarytach, masie i mocy margines błędu kurczy się szybciej, niż sugeruje beztroska nazwa trybu. Na zamkniętym obiekcie może dać kierowcy dokładnie to, czego oczekuje od ulicznego super-pick-upa: bardziej bezpośrednie reakcje i możliwość kontrolowanego uślizgu. W codziennym ruchu rozsądniej docenić fakt, że przednią oś da się równie łatwo ponownie podłączyć.

SRT: Hellcat w nadwoziu, które nie zna umiaru

Rumble Bee SRT dostaje doładowane 6,2-litrowe V8 Hellcat o mocy 777 KM i momencie obrotowym 922 Nm. Producent deklaruje sprint od 0 do 60 mph, czyli 0-97 km/h, w 3,4 sekundy oraz prędkość maksymalną szacowaną na 274 km/h. Liczby są absurdalne w taki sposób, który przestaje być przypadkiem, a staje się całą ideą produktu. Mówimy przecież o pełnowymiarowym pick-upie, który ma przewozić rzeczy, holować przyczepę i jednocześnie rozpędzać się jak część sportowych coupe.

Wersja SRT jest o około 5 tysięcy dolarów, czyli 20 tysięcy zł, tańsza od terenowego Rama TRX, kosztującego 102 790 dolarów, około 411 tysięcy zł. TRX pozostaje więc wyborem dla tych, którzy chcą bardzo szybko pokonywać nierówności, a Rumble Bee SRT kieruje energię w stronę asfaltu. Ten podział ma sens. Jeden model wygląda jak sprzęt do szturmu na pustynię, drugi jak pick-up, który z niepokojącą satysfakcją zerka na sygnalizację świetlną.

Warianty 392 Track Pack i SRT otrzymają najszersze tylne opony, jakie Ram montował seryjnie poza Viperem. To istotny detal, bo przy takiej mocy szerokość gumy jest czymś więcej niż deklaracją stylu. Pomaga przenieść napęd na nawierzchnię, choć żaden zestaw opon nie oszuka praw fizyki ani nie zmieni ogromnego pick-upa w lekkie auto torowe.

Pick-up dla niszy, której najwyraźniej wciąż brakowało

Mam wrażenie, że Rumble Bee nie powstał z odpowiedzi na uniwersalne potrzeby rynku. I całe szczęście, bo uniwersalne potrzeby są zwykle początkiem samochodów poprawnych, przewidywalnych i szybko zapominanych. Ten Ram ma znaleźć kilka bardzo konkretnych osób: kierowców, którzy lubią klasyczne V8, chcą nowoczesnych systemów sterowania napędem i nie widzą sprzeczności między paką a czasem 3,4 sekundy do 97 km/h.

Podstawowy model ma trafić do sprzedaży pod koniec roku, natomiast Rumble Bee 392, 392 Track Pack i SRT pojawią się w pierwszej połowie 2027 roku. Wszystkie będą budowane w zakładzie w Saltillo w Meksyku. W europejskiej perspektywie to samochód z gatunku egzotycznych, kosztownych i mało praktycznych ciekawostek. W amerykańskiej kulturze pick-upów pozostaje jednak logicznym rozwinięciem znanego od lat pomysłu.

Rumble Bee nie przekona nikogo, kto samochód ocenia wyłącznie przez pryzmat zużycia paliwa, miejskiego parkowania i arkusza kalkulacyjnego. Zresztą nie ma takiego zadania. To demonstracja, że technologia w aucie może czasem służyć wydajności, bezpieczeństwu i oszczędności, a czasem po prostu podkręcać szaleństwo do poziomu 777 KM. Jako racjonalny zakup trudno go obronić. Jako bardzo świadomie skonstruowany gadżet na czterech kołach – niestety dla rozsądku, przekonuje mnie znacznie bardziej.