Google podobno szykuje Pixel Tag, czyli własny lokalizator Bluetooth dla kluczy, plecaka i wszystkiego, co potrafi zniknąć dokładnie wtedy, gdy wychodzimy z domu. Trudno mi uwierzyć, że firma z tak rozbudowanym ekosystemem Androida zwlekała z tym tak długo. Apple ma AirTaga od 2021 roku, Samsung rozwija SmartTagi, rynek wypełniły też modele Tile, Chipolo i Moto Tag. Google wciąż budowało drogę, po której mogły jeździć cudze akcesoria, zamiast postawić na niej własny, bardzo oczywisty produkt.
Wzmianka o Google Pixel Tag pojawiła się na jednej z ofert akcesoriów w Amazonie jako informacja o zgodności z nadchodzącymi telefonami Pixel 11. Sama taka adnotacja nie daje jeszcze prawa do odpalania konfetti. W sklepach internetowych potrafią pojawić się robocze nazwy, błędne opisy i produkty, których premiera przesuwa się o kilka kwartałów. Jednocześnie plotki o trackerze Google krążą od lat, więc tym razem układanka wygląda odrobinę bardziej wiarygodnie.
Możliwy debiut miałby nastąpić podczas wydarzenia Made by Google zaplanowanego na 12 sierpnia, razem z rodziną Pixel 11 i prawdopodobnie zegarkiem Pixel Watch 5. Jeśli Pixel Tag rzeczywiście się pojawi, będzie to premiery typowo gadżeciarskiej, lecz wcale nie błahej. Mały krążek przypięty do kluczy rzadko budzi emocje jak nowy smartfon, ale w codziennym użyciu potrafi być bardziej przydatny niż kolejny tryb fotografowania księżyca.
Google ma już sieć. Brakuje jej produktu z własnym logo
Technologiczny fundament istnieje. Google rozwija dziś Find Hub, wcześniej znane jako Find My Device. Usługa pozwala odnajdywać telefony, tablety, słuchawki, a także lokalizatory współpracujące z siecią urządzeń z Androidem. Jej idea jest prosta: zagubiony tracker nie musi mieć własnego internetu. Gdy w jego pobliżu znajdzie się telefon z Androidem, urządzenie może anonimowo przekazać jego przybliżoną lokalizację do właściciela.
To właśnie skala sieci decyduje o sensie całego rozwiązania. Bluetooth ma ograniczony zasięg, zwykle liczony w metrach, a nie w osiedlach czy miastach. Sam lokalizator pomoże więc znaleźć torbę pod kanapą, ale rower zostawiony po drugiej stronie miasta wymaga już tłumu cudzych urządzeń, które dyskretnie staną się jego cyfrowymi świadkami. Apple od początku miało tu ogromną przewagę dzięki liczbie iPhone’ów. Android ma porównywalny, a w wielu miejscach większy potencjał, tylko długo brakowało mu produktu, który symbolicznie spinałby tę przewagę.
Pixel Tag mógłby pełnić dokładnie taką funkcję. Dla osób korzystających z Pixela byłby naturalnym dodatkiem, wykrywanym i konfigurowanym bez szukania właściwej aplikacji producenta. Dla Google byłby też sposobem na pokazanie, że Find Hub to coś więcej niż ukryta w ustawieniach funkcja ratunkowa, przypominana sobie dopiero po zgubieniu telefonu.
AirTag jest prosty, ale prostota bywa bezlitosna dla konkurencji
Własny tracker Google miałby jednak wejść na rynek, na którym Apple ustawiło bardzo wysoki próg wygody. AirTag nie zachwyca specyfikacją. Jego siłą jest to, że połączenie z iPhone’em trwa chwilę, bateria jest wymienna, a w kompatybilnych modelach iPhone’a funkcja precyzyjnego znajdowania prowadzi użytkownika niemal jak ciepło-zimno w wersji dla dorosłych. W dodatku akcesorium od dawna obrosło etui, brelokami i uchwytami, choć samo Apple sprzedaje je w cenie 39 euro, czyli około 170 zł.
Google nie musi kopiować tego projektu co do milimetra, ale nie może wypuścić produktu o połowę mniej wygodnego. Jeśli Pixel Tag ma być przekonującym rywalem AirTaga, oczekiwałabym obsługi ultraszerokopasmowego UWB. Ta technologia pozwala wskazać kierunek i odległość od zgubionego przedmiotu znacznie dokładniej niż zwykły Bluetooth. Bez niej odnajdywanie kluczy będzie przypominać spacer po mieszkaniu z telefonem w dłoni i nadzieją, że sygnał akurat zechce współpracować.
Praktyczne znaczenie będzie miała także bateria. Wymienna pastylka, działająca około roku, nadal pozostaje rozsądniejsza niż wbudowany akumulator w gadżecie za kilkadziesiąt euro. Tracker ma przecież ratować nas w chwili chaosu, a nie dorzucać kolejne urządzenie do wieczornej kolejki do ładowarki. Przydałby się również głośny sygnał dźwiękowy, solidna odporność na wodę i łatwe oznaczanie przedmiotów jako znalezionych lub zgubionych.
Rywalizacja toczy się też o bezpieczeństwo
Lokalizatory mają mniej romantyczną stronę. Są pomocne, dopóki śledzimy własny bagaż lub rower. Ten sam mechanizm może jednak zostać użyty do śledzenia człowieka bez jego wiedzy. Po głośnych problemach związanych z nadużywaniem AirTagów branża musiała potraktować temat poważniej. Apple i Google współpracowały przy standardzie ostrzegania przed nieznanymi trackerami wykrytymi w pobliżu użytkownika.
Pixel Tag powinien od pierwszego dnia korzystać z tych zabezpieczeń, oferować czytelne alerty i umożliwiać proste wyłączenie znalezionego urządzenia. To nie jest drobny punkt regulaminu, który można dopisać małym drukiem. W przypadku lokalizatora prywatność jest częścią jakości produktu równie ważną jak zasięg sieci czy dokładność wskazań. Google ma tu szczególnie dużo do udowodnienia, bo przekonanie użytkowników do usług opartych na danych zawsze wymaga od tej firmy dodatkowej porcji zaufania.
Największą zagadką pozostaje cena i dostępność
Na razie nie wiadomo, ile kosztowałby Pixel Tag ani gdzie miałby trafić do sprzedaży. To może przesądzić o jego znaczeniu. Tracker kupuje się zwykle impulsywnie, czasem od razu w zestawie po dwa lub cztery egzemplarze: do kluczy, walizki, roweru i plecaka dziecka. Jeśli Google wyceni go rozsądnie i zapewni szeroką dostępność także w Polsce, ma szansę szybko wykorzystać przewagę ogromnej bazy urządzeń z Androidem.
Gorzej, jeśli skończy się na akcesorium dostępnym w kilku krajach, przez kilka miesięcy wyłącznie w sklepie Google. Android ma już za sobą etap, w którym producenci mogli tłumaczyć brak własnych odpowiedników hasłem o otwartym ekosystemie. Otwartość jest cenna, ale użytkowniczka, która właśnie szuka kluczy pięć minut przed wyjściem, oczekuje przede wszystkim prostego rozwiązania działającego od razu.
Dlatego kibicuję Pixel Tagowi z umiarkowanym entuzjazmem. Sam pomysł nie jest rewolucyjny, wręcz przeciwnie – jest spóźniony i oczywisty. Właśnie z tego powodu może okazać się ważny. Google ma już narzędzia, sieć i miliony potencjalnych urządzeń pomagających w lokalizacji. Teraz potrzebuje małego krążka, który zamieni tę infrastrukturę w funkcję zrozumiałą dla każdego. I dobrze byłoby, gdyby nie trzeba było czekać na niego kolejnych kilka lat.

