Motorola najwyraźniej uznała, że w świecie zegarków samo liczenie kroków już nie wystarcza. Moto Watch Ultra, znany na razie z materiałów ujawnionych przed premierą, ma dostać stalową kopertę, LTE, GPS, cyfrową koronkę i rozbudowany moduł optycznego pomiaru tętna. To zestaw, który brzmi dojrzalej niż dotychczasowe próby marki w tej kategorii. I przyznam, że właśnie ta powściągliwość projektu przekonuje mnie bardziej niż kolejna wizja zegarka, który chce zastąpić pół telefonu, trenera, lekarza i osobistego lokaja naraz.
Widać jednak, że Motorola stoi przed zadaniem znacznie trudniejszym niż zaprojektowanie ładnej obudowy. Na rynku smartwatchy sprzęt jest dziś zaledwie połową opowieści. Druga połowa to system, aplikacje, aktualizacje, współpraca z telefonem i zwykła codzienna przewidywalność. Zegarek może mieć nawet koronę jak z katalogu produktów premium, ale jeśli po kilku miesiącach zostanie z przestarzałym oprogramowaniem, szybko zmieni się w elegancki licznik powiadomień.
Ultra bez kosmicznego kostiumu
Moto Watch Ultra ma otrzymać okrągłą kopertę o średnicy 46 mm. To wciąż zegarek duży, szczególnie na drobniejszy nadgarstek, ale odrobinę mniejszy od tańszego Moto Watch. Producent ma wykorzystać stal nierdzewną oraz klasę wodoszczelności 5 ATM. W praktyce oznacza to swobodne pływanie i kontakt z wodą podczas treningu, choć nie jest to zaproszenie do nurkowania z butlą czy testowania granic fizyki na wakacjach.
Na renderach widać szeroką ramkę wokół ekranu, klasyczną tarczę z trzema komplikacjami oraz zestaw sterowania z ekranem dotykowym, cyfrową koronką i dodatkowym przyciskiem z boku. Nie jest to wzornicza rewolucja, ale w zegarkach rewolucje często kończą się przyciskiem umieszczonym dokładnie tam, gdzie zgina się nadgarstek. Koronka ma za to bardzo konkretną zaletę: pozwala przewijać listy, mapę czy widżety mokrym palcem i bez zasłaniania wyświetlacza. Dla osoby, która biega zimą w rękawiczkach albo próbuje obsłużyć zegarek po basenie, to detal znacznie ważniejszy niż efektowna animacja startowa.
Motorola nie próbuje tu wymyślać formy od zera, co akurat uważam za rozsądne. Okrągły zegarek ma wyglądać jak zegarek, a nie jak miniaturowy pilot do klimatyzacji. Pytanie brzmi, czy jakość stali, szkła, haptyki i mechanizmu koronki dorówna temu, co obiecuje dopisek Ultra. W tej klasie to właśnie drobiazgi decydują, czy urządzenie chce się nosić codziennie, czy odkłada po tygodniu do szuflady obok dawnych opasek sportowych.

LTE i GPS wreszcie mają praktyczny sens
Najbardziej użyteczna zapowiedź dotyczy łączności LTE i wbudowanego GPS-u. Taki zestaw pozwala wyjść pobiegać, pojechać rowerem albo wyskoczyć po zakupy bez telefonu, a mimo to śledzić trasę, odbierać powiadomienia i pozostać w kontakcie. To nie jest funkcja dla każdego. Wiele osób i tak trzyma smartfon przy sobie jak klucze do mieszkania. Są jednak treningi, spacery z psem czy szybkie wyjścia, podczas których kieszeń wolna od telefonu daje zaskakująco dużo komfortu.
Warto zachować odrobinę chłodnej kalkulacji. LTE w zegarku zwykle wymaga eSIM oraz obsługiwanej usługi u konkretnego operatora, często jako dodatkowej opcji do numeru w telefonie. Przed zakupem trzeba więc sprawdzić nie tylko specyfikację, lecz także polską dostępność usługi i kompatybilność z własną siecią. Modem komórkowy jest też jednym z głównych wrogów baterii. Jeśli Moto Watch Ultra będzie działał przez LTE krótko, funkcja zostanie wygodnym dodatkiem awaryjnym, nie pełnoprawnym substytutem telefonu.
GPS ma bardziej uniwersalną wartość. Osobny moduł lokalizacji oznacza, że dystans i tempo podczas biegu lub jazdy na rowerze nie muszą zależeć od GPS-u w smartfonie. Dla amatora rekreacyjnych treningów wystarczy wiarygodny zapis trasy. Bardziej wymagający użytkownicy będą zaś patrzeć na szybkość łapania sygnału, stabilność śladu między budynkami oraz zgodność dystansu z rzeczywistością. Tego z renderów oczywiście nie wyczytamy. To jeden z tych parametrów, które wyglądają równie dobrze w tabeli każdego producenta, a w parku potrafią ujawnić bolesne różnice.

Większy czujnik to jeszcze nie gabinet lekarski
Na spodzie obudowy ma znaleźć się wyraźnie większy moduł PPG z pięcioma diodami LED i czterema dużymi fotodiodami. Czujnik PPG analizuje światło odbite od skóry, aby wyznaczyć tętno, a w zależności od implementacji może też służyć do szacowania natlenienia krwi. Większa liczba elementów pomiarowych może pomóc uzyskać stabilniejsze odczyty, zwłaszcza podczas ruchu, gdy zegarek przesuwa się po nadgarstku. Może, bo dokładność zależy również od algorytmów, dopasowania paska, koloru skóry, temperatury, potu i bardzo prozaicznego faktu, czy urządzenie jest właściwie założone.
Wokół sensora widać metalowy pierścień. Teoretycznie mógłby obsługiwać EKG, analizę składu ciała metodą BIA albo pomiar reakcji elektrodermalnej EDA. Na tym etapie nie ma jednak potwierdzenia żadnej z tych funkcji, więc nie warto dopisywać zegarkowi medycznych ambicji na kredyt. Szczególnie EKG wymaga odpowiednich certyfikacji i zwykle trafia na rynki z różnym zakresem dostępności. Coraz częściej widzę, że branża zdrowotna w elektronice ubierana jest w język pewności, choć sam użytkownik dostaje przede wszystkim wskazówkę do obserwacji organizmu. Dobre urządzenie powinno wspierać rozsądek, nie zachęcać do stawiania diagnoz między kawą a spotkaniem.
Wszystko rozstrzygnie system
Największą niewiadomą pozostaje oprogramowanie. Motorola może postawić na lekki system czasu rzeczywistego, czyli RTOS, albo skorzystać z Wear OS od Google. Oba kierunki mają sens, ale prowadzą do całkiem innych produktów. RTOS z reguły oznacza dłuższy czas pracy, prostszy interfejs i podstawowy pakiet funkcji sportowo-zdrowotnych. To rozwiązanie dla kogoś, kto chce spojrzeć na nadgarstek, sprawdzić trening, odczytać komunikat i zapomnieć o ładowarce na kilka dni.
Wear OS otwiera drogę do szerszego katalogu aplikacji, płatności zbliżeniowych, bardziej rozbudowanych map i integracji z usługami Google. Ceną bywa krótsza praca na akumulatorze oraz większe wymagania wobec podzespołów. Wariant z LTE aż prosi się o system, który potrafi dobrze wykorzystać samodzielne połączenie z siecią. Zarazem zegarek z Google Play, ale bez długiego wsparcia aktualizacjami, byłby po prostu drogim kompromisem. Motorola powinna jasno powiedzieć, jak długo zamierza dbać o ten model. Przy sprzęcie noszonym na skórze aktualizacje dotyczą przecież także bezpieczeństwa danych zdrowotnych i osobistych.
Nie mniej istotna będzie kompatybilność. Właściciele telefonów Motoroli naturalnie oczekiwaliby wygodnej integracji, lecz smartwatch o ambicjach Ultra musi działać bez kaprysów także z urządzeniami innych marek z Androidem. Jeśli zegarek ma zbierać dane o śnie, aktywności i tętnie, aplikacja powinna też transparentnie wyjaśniać, co jest przechowywane w chmurze, co lokalnie oraz jak dane można usunąć lub wyeksportować. To mało widowiskowy fragment premiery, ale dla wielu osób ważniejszy niż kolejna tarcza z animowanym księżycem.
Motorola ma szansę na zegarek dla dorosłych użytkowników
Moto Watch Ultra zapowiada się jak produkt, który może trafić w rozsądny środek rynku. Nie wygląda na urządzenie stworzone po to, by rywalizować liczbą czujników z laboratorium badawczym. Ma za to kilka elementów, które faktycznie wpływają na wygodę: stalową konstrukcję, sensowne sterowanie, GPS i niezależną łączność. Jeśli do tego dojdzie rzetelny pomiar treningów, dobra bateria oraz konkretny plan aktualizacji, Motorola może przygotować zegarek znacznie ciekawszy, niż sugeruje zachowawczy design.
Na razie brakuje ceny, terminu premiery i potwierdzenia systemu, więc werdykt byłby przedwczesny. Ja wstrzymałabym się zwłaszcza z kupowaniem etykiety Ultra wyłącznie za wygląd i modem LTE. Ten zegarek może być bardzo praktyczny, ale jego prawdziwą klasę poznamy dopiero wtedy, gdy przestanie pozować na renderze i zacznie pracować na nadgarstku przez zwyczajny, chaotyczny dzień.

