Przez kilka lat opaski sportowe miały dziwny problem z tożsamością. Zegarki chciały być telefonami na nadgarstku, a opaski zaczęły naśladować zegarki tak skutecznie, że często dostawały ich wady: częste ładowanie, rosnące ceny i funkcje, których większość osób używa raz, żeby sprawdzić, czy faktycznie istnieją. Honor Band 11 Pro wygląda jak próba powrotu do sensownej proporcji. Ma mierzyć aktywność, pokazywać powiadomienia, płacić zbliżeniowo i pozwolić wyjść pobiegać bez smartfona. A potem, co szczególnie miłe, przez kilkanaście dni po prostu nie domagać się kabla.
Nowa opaska Honora startuje na razie w Chinach, razem z prostszym Honor Band 11. Wersja Pro jest wyraźnie ciekawsza, bo skupia kilka elementów, które dotąd zwykle wymagały kupna pełnoprawnego smartwatcha. Nie jest to sprzęt dla osoby marzącej o setce aplikacji, rozmowach z nadgarstka czy elektronicznym asystencie do przypominania o oddychaniu. I właśnie w tym widzę jej urok.
Mała różnica na ekranie, większa w codziennym użyciu
Honor Band 11 Pro ma 1,61-calowy ekran AMOLED, podczas gdy podstawowy Band 11 oferuje panel 1,57 cala. Różnica wygląda kosmetycznie, ale przy tak małym urządzeniu każdy ułamek milimetra mniej w ramkach sprawia, że interfejs jest odrobinę mniej ciasny. Wyświetlacz osiąga do 2000 nitów jasności, więc teoretycznie powinien pozostać czytelny w ostrym słońcu. To parametr, który w opasce ma bardziej praktyczny sens niż w telefonie. Podczas biegu albo spaceru nie chce się przecież osłaniać nadgarstka drugą dłonią tylko po to, by odczytać tempo czy godzinę.
Wersja Pro dostaje aluminiową kopertę, a zwykły Honor Band 11 pozostaje przy plastiku i ma 8,99 mm grubości. Metal nie zmienia opaski w biżuterię, ale powinien dać jej odrobinę solidniejszy charakter. Oba modele są wodoszczelne do 5 ATM, co oznacza odporność na pływanie i codzienny kontakt z wodą. Nadal rozsądnie byłoby zdejmować je przed gorącą kąpielą czy sauną – elektronika i wysoka temperatura nie tworzą szczególnie zgodnego małżeństwa.
GPS i NFC: dwa skróty do większej niezależności
Najważniejszym wyróżnikiem Honor Band 11 Pro jest wariant z GPS. Dzięki niemu opaska ma zapisywać trasę i dystans podczas biegania lub jazdy na rowerze bez noszenia telefonu. Dla części osób brzmi to jak detal, ale dla mnie jest to granica między gadżetem a sprzętem, który faktycznie upraszcza trening. Telefon w kieszeni biegowej potrafi podskakiwać jak źle przywiązany bagaż, a noszenie go tylko po ślad GPS bywa irytującym rytuałem.
Drugim dodatkiem jest NFC do płatności zbliżeniowych. Tu warto zachować chłodną głowę. Sam układ NFC w chińskiej wersji urządzenia nie daje automatycznej gwarancji działania polskich banków ani popularnych usług płatniczych. Wszystko zależy od tego, czy Honor przygotuje międzynarodową dystrybucję oraz jakie systemy płatności obsłuży. Historia ubieralnej elektroniki uczy, że funkcja płatności bywa w specyfikacji dużo wcześniej niż w portfelu użytkowniczki. Mimo to dobrze, że producent w ogóle przewidział taką opcję, bo to jedna z niewielu funkcji nadgarstkowych, z których naprawdę korzysta się poza sportem.
26 dni baterii brzmi świetnie, ale warto czytać drobny druk
Honor deklaruje do 19 dni normalnego działania oraz do 26 dni w trybie oszczędzania energii dla modelu Pro z akumulatorem 400 mAh. Po włączeniu stale aktywnego ekranu czas pracy ma spaść do siedmiu dni. I szczerze mówiąc, ta ostatnia liczba budzi moje większe zaufanie niż marketingowe maksima. Jest zarazem bardzo dobra. Tydzień działania z always-on display, pomiarami zdrowotnymi i powiadomieniami oznacza ładowanie rzadziej niż w wielu zegarkach, które kosztują kilka razy więcej.
Tańszy Honor Band 11 ma baterię 250 mAh i według deklaracji działa do 12 dni normalnie lub 18 dni oszczędnie. Różnica pokazuje, że wersja Pro nie jest jedynie Bandem 11 w lepszej obudowie. Dostaje większy ekran, pojemniejszy akumulator, NFC, a w droższym wariancie również GPS. W praktyce dopłata ma więc uzasadnienie, o ile ktoś faktycznie chce biegać bez telefonu albo liczy na użyteczne płatności.
Zdrowie pod kontrolą, ale bez medycznych złudzeń
Oba modele mierzą tętno i natlenienie krwi SpO2, śledzą sen, stres oraz cykl menstruacyjny, a także oferują 113 trybów sportowych. Liczba trybów zawsze robi wrażenie w tabelce, choć mam wrażenie, że po przekroczeniu kilkunastu dyscyplin zaczyna przypominać półkę z przyprawami w hipermarkecie: miło wiedzieć, że istnieją, ale na co dzień sięga się po kilka sprawdzonych. Dużo ważniejsza będzie jakość automatycznego wykrywania ruchu, czytelność danych i to, czy aplikacja nie zamieni prostego spaceru w wykres, którego nikt nie umie potem sensownie odczytać.
Warto też pamiętać, że czujnik SpO2, tętna czy stresu w opasce służy do obserwacji trendów i aktywności, a nie do stawiania diagnoz. Nadgarstek jest wygodnym miejscem dla elektroniki, lecz daleko mu do warunków pomiaru medycznego. Jeśli urządzenie pokazuje niepokojące, powtarzalne wyniki, właściwym krokiem pozostaje konsultacja ze specjalistą, a nie nerwowe przewijanie ekranów aplikacji o północy.
Cena wygląda rozsądnie, pytanie brzmi: czy Honor dowiezie ją do Europy
W Chinach podstawowy Honor Band 11 ma kosztować 269 juanów, czyli około 150 zł. Honor Band 11 Pro wyceniono na 319 juanów, czyli około 180 zł, a odmianę Pro z GPS na 389 juanów, czyli około 220 zł. To poziom cenowy, przy którym propozycja staje się naprawdę interesująca. Nawet jeśli ewentualna europejska cena okaże się wyższa, połączenie GPS, NFC i długiego czasu pracy nadal mogłoby mocno namieszać w segmencie opasek, gdzie Xiaomi Smart Band 10 jest dziś jednym z oczywistych punktów odniesienia.
Jest jednak jeden warunek: globalna wersja musi zachować te atuty, zwłaszcza GPS i obsługę płatności, a aplikacja powinna działać stabilnie z telefonami z Androidem i iPhone’ami. Producentom zdarza się traktować rynek chiński jak pełną wersję gry, a resztę świata jak edycję z kilkoma zablokowanymi poziomami. W przypadku opaski za około 220 zł takie kompromisy byłyby szczególnie bolesne, bo właśnie funkcjonalność bez telefonu buduje jej sens.
Opaska dla tych, którzy chcą mniej ekranowego hałasu
Honor Band 11 Pro wydaje się ciekawy nie przez jedną spektakularną funkcję, lecz przez dobrze ułożony zestaw priorytetów. Ma ekran wystarczająco jasny do sportu, obudowę odporną na wodę, długi czas pracy i funkcje, które mogą pozwolić zostawić smartfon w domu na godzinę lub dwie. To rozsądniejsza wizja elektroniki ubieralnej niż dokładanie kolejnych miniaplikacji do urządzenia, które ma rozmiar kilku palców.
Na ostateczny werdykt trzeba poczekać do informacji o dostępności poza Chinami i realnej kompatybilności NFC. Już teraz jednak myślę, że Honor trafił w tęsknotę za opaską, która ma być dyskretna, lekka i użyteczna, zamiast stale przypominać, że nosimy kolejny ekran. Jeśli deklaracje o baterii wytrzymają kontakt z rzeczywistością, Band 11 Pro może okazać się jednym z tych gadżetów, których wartość odkrywa się dopiero wtedy, gdy przestaje się o nich pamiętać między ładowaniami.

