Byłam w MOVA Universe i zobaczyłam smart home, który chce ogarniać cały dom

Na eventach technologicznych często mam ten sam odruch: najpierw patrzę na scenę, potem na produkt, a dopiero później zadaję sobie pytanie, czy ja naprawdę widzę coś, co może zmienić codzienne życie, czy raczej kolejną ładnie opakowaną prezentację. W przypadku MOVA Universe odpowiedź nie była tak oczywista od razu, bo marka bardzo wyraźnie postawiła na efekt skali. Były roboty sprzątające, odkurzacze pionowe, para, kawa, druk 3D, dużo technologicznych nazw i jeszcze więcej obietnic, że dom może działać sprawniej, ciszej i wygodniej.

I właściwie właśnie to było dla mnie w tym wydarzeniu najważniejsze. MOVA nie pokazała już po prostu kolejnych urządzeń do sprzątania. Pokazała ambicję zbudowania całego domowego ekosystemu, w którym technologia ma przejmować coraz więcej drobnych, męczących obowiązków. Brzmi dobrze, bo kto z nas nie chciałby mieszkać w domu, który trochę mniej wymaga? Jednocześnie mam w sobie zdrowy sceptycyzm, bo dom to bardzo niewdzięczne środowisko dla wielkich deklaracji. Kurz zbiera się tam, gdzie nie powinien, dywan zawsze jest trochę za gruby, kabel od ładowarki leży dokładnie na trasie robota, a pies wnosi do mieszkania pół parku wtedy, gdy akurat myślimy, że mamy względny porządek.

Event zrobiony z rozmachem, ale najważniejsze były codzienne scenariusze

MOVA pojawiła się na polskim rynku niespełna dwa lata temu, a podczas warszawskiego spotkania mocno akcentowała swoje tempo wzrostu. Pokazano dane o wzroście wolumenu sprzedaży z 97,8% do 156,5% oraz wartości sprzedaży z 110,2% do 178,2%. To liczby, które dobrze wyglądają w prezentacji, ale dla mnie ważniejsze jest coś innego: czy marka po takim starcie potrafi przejść z etapu efektownego wejścia do etapu codziennej wiarygodności.

W sprzętach domowych ta wiarygodność jest bezlitosna. Telefon można pokochać za aparat, laptop za ekran, słuchawki za brzmienie. Odkurzacz albo robot sprzątający musi po prostu działać wtedy, gdy nie mamy siły działać same. Nie ma tu zbyt wiele miejsca na romantyzm technologiczny. Jeśli urządzenie zostawia smugi, nie radzi sobie z progiem albo wymaga ciągłego ratowania z kąta, cały czar znika szybciej niż bateria w źle zoptymalizowanej aplikacji.

Dlatego podobało mi się, że prezentacja MOVA krążyła wokół bardzo konkretnych problemów: progów, krawędzi, dywanów, plam, sierści, włosów i higieny mopów. To nie są może najbardziej efektowne tematy świata, ale dokładnie z takich drobiazgów składa się komfort w domu.

Robot sprzątający ma dziś robić więcej niż objechać salon

Jedną z najmocniej eksponowanych nowości był MOVA V70 Ultra Complete, czyli robot z bezworkowym pojemnikiem EcoCyclone i siłą ssania sięgającą 42 000 Pa. Sama liczba brzmi imponująco, choć ja zawsze mam przy takich parametrach podobną myśl: dobrze, tylko pokażcie mi, jak to działa przy listwie, pod stołem i przy krawędzi dywanu. Właśnie tam kończy się laboratoryjna elegancja, a zaczyna normalne mieszkanie.

V70 Ultra Complete ma rozpoznawać ponad 300 rodzajów przeszkód przy wsparciu AI i korzystać z technologii MaxiReachX, która pomaga docierać do krawędzi. To brzmi jak funkcje stworzone dla osób, które znają ten mały domowy paradoks: niby robot sprząta regularnie, a kurz i tak potrafi zebrać się w tych kilku miejscach, które trzeba poprawiać ręcznie. Jeśli taka technologia rzeczywiście ogranicza poprawki, to jest to realna wygoda, a nie tylko kolejny punkt w specyfikacji.

Obok niego pojawił się MOVA Z70 Ultra Roller Complete, bardziej skoncentrowany na mopowaniu. Ma siłę ssania do 36 000 Pa, technologię HydroForce 2.0, mop pracujący z prędkością 800 obrotów na minutę oraz AutoShield, który ma chronić dywany przed wilgocią. Do tego dochodzą FlexScope, StepMaster 2.0 i czyszczenie mopów wodą o temperaturze 100°C. Technicznie brzmi to bardzo gęsto, ale sens jest prosty: robot ma sprzątać dokładniej i mniej ryzykować, że po drodze zrobi coś głupiego z dywanem.

A to akurat rozumiem bardzo dobrze. Robot mopujący, który nie panuje nad wilgocią, jest trochę jak pomocnik, który z entuzjazmem zabiera się do pracy, ale potem trzeba po nim sprzątać. W tej kategorii ostrożność jest równie ważna jak moc.

Para i gorąca woda, czyli walka z brudem bardziej życiowym niż pokazowym

MOVA pokazała też X5 Pro Steam, odkurzacz pionowy z bezszczotkowym silnikiem 350 W, siłą ssania 25 000 Pa, czyszczeniem parowym w temperaturze 200°C i punktowym spryskiwaniem trudnych plam gorącą wodą o temperaturze 90°C. W stacji bazowej szczotka jest myta wodą o temperaturze 90°C i suszona w tej samej temperaturze.

To jest ten rodzaj sprzętu, którego sens widać dopiero wtedy, gdy przestaniemy myśleć o idealnej podłodze z reklamy. W prawdziwym domu plamy nie pojawiają się elegancko. Kawa kapie obok kubka, sos spada przy gotowaniu, dzieci i zwierzęta mają własne pomysły na testowanie odporności paneli. Para i gorąca woda nie są tu ozdobnikiem. Mogą być odpowiedzią na potrzebę szybkiego ogarnięcia brudu, który nie chce zejść po jednym przejechaniu szczotką.

Był też model Z200 z mocą 180 AW, ręczną bazą, workiem na kurz o pojemności 1,2 litra i podwójną szczotką ograniczającą plątanie włosów oraz sierści. I muszę przyznać, że takie rozwiązania często przekonują mnie bardziej niż wielkie liczby. Włosy w szczotce to nie jest temat widowiskowy, ale każdy, kto choć raz próbował je wycinać nożyczkami z rolki odkurzacza, wie, że to jeden z tych detali, które potrafią zepsuć całą przyjemność z używania sprzętu.

MOVA chce wejść też do kuchni i domowej pracowni

Największym sygnałem, że MOVA myśli szerzej niż o sprzątaniu, były urządzenia z innych kategorii. Ekspres F20 Pro ma kontrolę temperatury PID, preinfuzję, rdzeń ekstrakcyjny i 4 profile użytkowników. Sama obecność ekspresu w takim ekosystemie jest ciekawa, bo kawa ma zupełnie inny charakter niż odkurzanie. Sprzątanie chcemy skrócić. Kawę chcemy przedłużyć, dopracować, uczynić trochę przyjemniejszą.

To pokazuje, że smart home coraz mocniej wchodzi nie tylko w obowiązki, lecz także w domowe rytuały. Poranek z dobrą kawą i podłoga, której nie trzeba samodzielnie ogarniać po śniadaniu, to wizja dość prosta, ale skuteczna. Nie trzeba od razu opowiadać o futurystycznym domu. Wystarczy pokazać, że kilka codziennych czynności może być mniej irytujących.

Jeszcze dalej idzie drukarka 3D Palette 300. MOVA pokazała ją jako pierwsze na świecie urządzenie tego typu z 12 wbudowanymi dyszami, możliwością pracy z 36 kolorami i 12 materiałami w jednym procesie drukowania, a także 50 sensorami i 4 kamerami. To już mocne wyjście poza klasyczne rozumienie domowej technologii. Drukarka 3D w takim zestawie sugeruje dom, w którym użytkownik nie tylko konsumuje gotowe rozwiązania, lecz także może coś stworzyć, dopasować albo naprawić.

Nie twierdzę, że druk 3D stanie się nagle sprzętem tak powszechnym jak czajnik. Ale widzę w tym ciekawy kierunek. Coraz więcej osób chce mieć w domu narzędzia, które dają sprawczość. Nie tylko automatyzację.

Po prezentacji zostaje pytanie, czy wszechświat będzie naprawdę wygodny?

MOVA Universe było wydarzeniem z rozmachem, ale po takim pokazie najważniejsze pytanie brzmi dla mnie nie: ile urządzeń marka może jeszcze dorzucić do portfolio. Ważniejsze jest to, czy użytkownik dostanie spójne doświadczenie. Czy aplikacja będzie wygodna. Czy sprzęty będą łatwe w obsłudze. Czy zaawansowane funkcje nie zamienią się w menu pełne ustawień, do którego nikt nie będzie chciał wracać. Czy robot faktycznie poradzi sobie w mieszkaniu, a nie tylko na scenie.

Mam wrażenie, że MOVA dobrze rozumie, w którą stronę idzie smart home. Klienci nie potrzebują już kolejnej efektownej obietnicy, że technologia odmieni życie. Potrzebują urządzeń, które zdejmą z nich część domowej logistyki i nie dołożą nowej. Jeśli ten ekosystem będzie działał tak praktycznie, jak został pokazany, może być ciekawą propozycją dla osób, które chcą mieć dom bardziej samodzielny, ale bez wrażenia, że same muszą zostać administratorkami własnego AGD.

Monika
Monika
Piszę o gadżetach i nowych technologiach, bo lubię oddzielać realne korzyści od szumu wokół premier. Motoryzacja oraz tematy naukowe i związane z astronomią są mi szczególnie bliskie, to one najczęściej wyznaczają kierunek, w którym zmierza przyszłość. Po godzinach ładuję baterie muzyką, dobrym kinem, książkami i grami.